dorośle

Tak więc zaczynamy życie tak zwane dorosłe. Nie jestem na to jakoś szczególnie dobrze przygotowana, szczególnie psychicznie i generalnie odpornościowo. Przykład - we wtorek, jako dumny magister odebrałam dyplom. Czekałam do ostatniej dosłownie chwili, bo w środę podpisywałam umowę. W dziekanacie podpisałam papiery, odebrałam dyplom i z ciężkim sercem i drżącymi rękoma oddałam legitymację... po czym poszłam do kiosku, kupiłam bilet po 2,40 i chciałam umrzeć. Następnego dnia pojechałam na drugi koniec miasta podpisać umowę - w jedną stronę dwa bilety po 2,40, w drugą to samo. Po przeliczeniu wychodzi, że na sam dojazd wydawać będę 9,60 (zastanawiałam się, czy w ogóle opłaca się pracować, tak swoją drogą), po czym chciałam umrzeć jeszcze bardziej. Do głowy przyszedł mi jednak genialny pomysł, że miesięczny może się okazać niezłym rozwiązaniem. Poszłam więc, przekonana o słuszności sprawy i szczytności celu... i wydałam 88 złotych, po czym poważnie zaczęłam rozważać zalety samobójstwa. Wykończy mnie ta dorosłość.

W kwestii podpisywania umowy - nie miałam pojęcia, że człowiek musi taki pierdylion papierów podpisać! Kwestionariusz taki, śmaki, owaki, oświadczenie jedno, drugie, piąte... cyferki, cyferki, cyferki. Ciekawostka mi przyszła do głowy, że przecież człowiek ma tyle własnych prywatnych kombinacji cyfr przypisanych tylko do siebie, że to jest nie do ogarnięcia. Data urodzenia, pesel, numer telefonu (czasem dwa, trzy), nip, numer konta, numer dowodu... Czekałam aż będzie pytanie o numer buta, numer stanika i numer tramwaju. I - jako że człowiek w wielu jeszcze kwestiach nieświadomy jestem - zgłupiałam doszczętnie, jak w którymś kwestionariuszu miałam odpowiedzieć na pytanie "stosunek do służby wojskowej" i poważnie rozważałam odpowiedź "nie mam zdania". Panią dyrektor jestem wciąż tak samo zachwycona, jak podczas rozmowy o pracę. Taka fajna, z jajami, będzie zabawnie, ale w kość da. I dobrze.

W piątek za to po raz pierwszy poznałam całą Radę. Weszłam do pokoju nauczycielskiego (przeczekawszy wcześniej kilka chwil, aż ktoś będzie wchodził bądź wychodził, etap pukania do pokoju zostawiłam za sobą kończąc szkołę średnią) i stałam jak ta sierota czekając na czyjąś uwagę. Odnalazłam informację, że spotkanie zespołu humanistycznego będzie miało miejsce w bibliotece, niewiele myśląc, wyszłam po angielsku (pardon the pun) i udałam się tamże. Moją konsternację szybko odkryła kobieta siedząca przy pierwszym komputerze i zapytała w czym może pomóc. "Po książki?" "Nie, na spotkanie zespołu, ponoć tu się ma odbywać." "O Boże, myślałam, że uczennica! Polecę po pani opiekuna!" Przyszła nie jedna, a sześć dziewczyn może z 15 minut starszych ode mnie. Nie mając zielonego pojęcia o kwestiach przepisowo-papierowych, uchodząc jedynie rzekomo za fachowca w sprawach przekazywania pewnego rodzaju wiedzy i umiejętności, po przelotnym poznaniu zespołu zostałam wepchnięta do gabinetu celem wyjaśnienia kwestii programów takich i innych do wszystkich klas. Przesiedziałam tam 20 minut słuchając dyskusji o czymś, czego na oczy nie widziałam i patrząc jak szpak w gówno na stosy koszulek po miliard kartek każda. Ciekawe doświadczenie. „Spokojnie, nauczysz się.” Potem miały miejscerozmowy, potem rozmowy i jeszcze raz rozmowy, spisywanie planu, wizyta uksięgowej i kolejne formularze.

Wszedł facet. Znamienne to, jako że - jak w zasadzie większość pokoi nauczycielskich - także i ten zdominowany jest przez płeć piękną. Zatrybiło mi w głowie, ułamek sekundy się zadziało, usiadł przy tym stole, gdzie upolowałam krzesło... Owszem, oczywiście, uczył mnie przedsiębiorczości w liceum. Przedstawił się z imienia i nazwiska, ja również, rąsia-rąsia. "Przepraszam, czy panie nie uczył kiedyś w...". "Taaaa, uczyłem, pamiętam cię. I jak tu ma się człowiek nie wkurwić. Przychodzi do pracy, pojawia się ktoś nowy, a tu okazuje się, że 8 lat temu.... echhhhhhh." Będzie zabawnie.

Flashback: Koniec lipca, impreza, stół, fotele, czilaut, ludzie niewidziani od lat wielu. 
- A u ciebie co? 
- A ja... ech, od września do roboty...
- A gdzie?
- W gimnazjum takim-a-takim
- O, to jest na ulicy takiej-a-takiej?
- ...mhm. Skąd wiesz?
- Moja mama tam pracuje.
- ...to jej szepnij słówko, że jestem świeżutka jak rzodkiewka, nie wiem nic i nic nie umiem...?

Weszła kobieta. W pokoju zrobiło się +10 do dowcipu, charyzmy, uśmiechu i przyjazności. Przywitała wszystkich w pokoju, podeszła do dziewczyny, z którą rozmawiałam, objęła ją, objęła mnie, cmoknęła w policzek: "Dzień dobry, Taka-A-Taka, jestem mamą Kasi", i puściła oko. Elegancko. Po takim powitaniu już mi nic nie straszne. 

W kwestii planu - w zasadzie nawet niewiele będę musiała zmienić mój tryb życia: poniedziałek na 12.45, wtorek na 10 z kawałkiem, środa na 11 coś...czwartek i piątek wcześniej, ale idzie wytrzymać. Nie nie nie, nie idzie wytrzymać - żyć nie umierać! "No, widzę w poniedziałek idzie pani późno, w niedzielę, może pani balować" rzekła Dyrekcja we własnej osobie.

Teraz czeka mnie pierwsza rada, rozpoczęcie roku i pierwsze lekcje. Ale na to szykowałam się całe wakacje, pieczołowicie zbierając w sobie szatana i agresję. Będzie zabawnie.

Podjęłam również szalenie ważną decyzję mającą się przełożyć na całą resztę mojego życia - kompletuję swoją bibliotekę. Swoją, własną, prywatną, wybraną tylko i najważniejszą. Zaczynam od września. 



przemyślałam bądź nie 2010-08-29 15:26:47
skomentuj (3)
klasycznie

Fascynujące, że Luke okazał się zarozumiałym smarkaczem usiłującym ratować świat, Solo interesującą postacią, a C3PO najbardziej pozytywnym bohaterem. Tu z kolei ja stworzyłam pudełeczko, które zapełniam klasyką, taką bądź muzyczną, a obserwacje są zaiste niesamowite.

przemyślałam bądź nie 2010-02-08 16:32:31
skomentuj (3)
powyjazdowo, dla odmiany

I tak sobie pojechaliśmy, aż pod Frombork, do Pasłęki czy Pasłęka... na tyle daleko, że sieć miałam rosyjską. A pięknie miało być całkiem, bojery, wiatr we włosach i śnieg za kołnierzem... ale Zalew Wiślany pokrył się nie dość, że grubą bardzo warstwą lodu (na tyle grubą, że kład sobie pojeździł), to jeszcze grubą również warstwą śniegu, czyli z latania całkiem nici. 600 kilometrów celem spędzenia dwóch uroczych wieczorów poza Łodzią. Odległość nie przeraża tyle, co cena, ale nie będę się zastanawiać, czy było warto. Trochę znajomych nowych, odkopywanie kłada przez sześciu nowych kolegów (stopień bucowatości tychże przemilczę) i oczywiście ciekawe, jak tam sytuacja nad Bugiem, a także zima jak zima, co to, zimy nie widziałaś? Generalnie naładowana całkiem pozytywnie stawiam czoło rzeczywistości (choć sesyjności całkiem udało się uniknąć, piątka z egzaminu przyszła absolutnie bezboleśnie, gdyż jestem genialna i mam znajomych niemców).

Ale, pamiętajmy, na bezrybiu i rak ryba i tak czy siak, przyjdzie walec i wyrówna.

Złamane serducho nieco i kilka godzin łez, ale to kiedy indziej, bo jednak chcę, żeby Toruń kojarzył się z piernikowymi naleśnikami.


przemyślałam bądź nie 2010-02-01 23:02:01
skomentuj (0)
mroźnie zajebiście

Minus pierdylion na dworze, a ja się nawet w sesyjność nie pogrążam, choć ewidentnie powinnam. W zasadzie może nie aż tak ewidentnie, jako że po 15 minutach niemieckiego stwierdziłam, że jestem zajebista, wszystko umiem na egzamin i mogę się nawet przedstawić, więc cóż więcej. Przy życiu trzymają mnie piątkowe bojery ("jesteś takim moim pudełeczkiem, w które wrzucam nowe sporty"), bo nawet na wiosnę nadzieję straciłam. I o.

Kto tam? Kto jest w środku? - Hey
With or without you - U2
Dream, catch me - Newton Faulkner

przemyślałam bądź nie 2010-01-25 20:49:33
skomentuj (2)
samotnie

Otworzyłam oczy dziś i zobaczyłam, że w domu nie ma nikogo i jestem absolutnie całkiem zupełnie sama. Takiej szansy nie można zmarnować - seminarium zostało olane, a ja siedzę w domu. Sama. O!

Wracając jakiś czas temu do domu, konkretnie wysiadając z tramwaju, zaśmiałam się niemal w głos. Pełna podziwu jestem dla dwulicowości, swojej, świata, ogólnej. Swojej w szczególności. Żałuję tylko strasznie, że nie udało mi się, po tak przecież wielu latach zażyłej, choć nieco zapomnialej, przyjaźni, zdobyć się na odwagę i zapytać "czy dalej opowiadasz bajki?" A szkoda. Byłoby o czym myśleć przez najbliższych kilka lat.

Pozdrawiam serdecznie adresatkę pytania.
przemyślałam bądź nie 2009-11-05 12:23:00
skomentuj (1)
dietetycznie

Sis wyjęła wczoraj paczkę pieczywa chrupkiego Wasa, wyciągnęła lekką, pszenną, niskokaloryczną kromkę... po czym pokryła ją warstwą nutelli, tak grubą, jak sama kromka.

przemyślałam bądź nie 2009-10-27 13:09:01
skomentuj (3)
imprezowo?

 A wczoraj okradli moją siostrę. W klubie, standardowa sytuacja, gość się przygląda, ona wstaje na moment, myk-myk i torebki nie ma. Godzina 23, rodzice biegiem na komisariat, gdzie zaryczana sis składa zeznania. Szkoda jej było, faktycznie.

...ale nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, jak się dowiedziałam, że po kilkudziesięciu minutach torebka została znaleziona pod śmietnikiem (ktoś z ekipy ponoć znał wszystkie okoliczne meliny i wiedział, gdzie szukać). Jeśli chodzi zaś o straty materialne... ukradzione zostało 80 groszy w drobnych, jedna moneta z dziurką, korona szwedzka, nosorożec (ode mnie na szczęście - słoni nie było akurat), a także szczotka do włosów (ulubiona, różowa). Klucze, dokumenty, pieniądze i karty zostały nie ruszone.

Ciekawy kraj.

przemyślałam bądź nie 2009-10-20 22:54:42
skomentuj (0)